Feliks Garbarek (20.10.1914 – 29.7.1941), Tichon Sobczuk (22.6.1923 – 4.4.1944), Czesław Worech (29.2.1911 – 29.7.1941). Trzy nazwiska. Dwa polskie, jedno ukraińskie. Czy jest coś, co je łączy?
ZAPOMNIANY POMNIK W BONN
Bonn-Beuel, Weinbergweg. Piękna okolica. Rozległa łąka, po której biegają radosne psy, gdzieś obok stoją dumnie ich właściciele. Nowoczesna rzeźba z zardzewiałego metalu. Niedaleko punkt widokowy, z którego widać drugi brzeg Renu. Teren dawnego kamieniołomu. I tylko nieliczni dojrzą gdzieś na końcu łąki, gdzieś w krzakach, mały jasnozielony kształt. Podchodząc bliżej, ukazuje się skromny pomnik. Omszały, zaniedbany. A na nim trzy nazwiska: Garbarek, Sobczuk i Worech.
W latach 2.Wojny Światowej w głąb Niemiec (III Rzeszy) sprowadzono, choć lepiej byłoby powiedzieć uprowadzono, prawie 6,5 miliona ludzi do niewolniczej pracy. W liczbie tej zawarci są także jeńcy wojenni, którzy musieli świadczyć pracę na rzecz hitlerowskich Niemiec. Wielu z nich nie wróciło do rodzinnych stron. Polski, ZSRR, Jugosławii, Francji i wielu innych krajów, z których zostali deportowani do Niemiec. Głód, wycieńczenie pracą, choroby, nieludzkie warunki bytowe to tylko kilka z przyczyn ich śmierci. Na szczególną jednak uwagę zasługują ofiary niemeckiego systemu terroru, które zostały skazane na śmierć i stracone w wyniku tzw. postępowań karnych. Miejscowe gestapo mogło skazać na śmierć zagranicznego robotnika przymusowego za sabotaż, próbę ucieczki czy za zhańbienie rasy. To ostatnie pojęcie obejmowało na początku relacje niemiecko-żydowskie w ramach ustaw norymberskich z 1935 roku. W czasie wojny rozciągnięto je jednak także na robotników przymusowych ze wschodu i z zachodu. Przy czym, żeby była jasność, nie chodziło tylko i wyłącznie o kontakty seksualne Polaka, Rosjanina, Francuza czy Włocha z Niemką. Wystarczył donos zazdrosnego sąsiada, odpalonego konkurenta i gestapo z ochotą przyglądało się sprawie. Wiele niemieckich kobiet przyznawało się do „zhańbienia rasy” w zamian za darowanie winy lub niższy wymiar kary. Kara dla drugiej strony była tylko jedna: śmierć. Lokalne gestapo, po wnikliwym śledztwie, bez przewodu sądowego, orzekało najwyższy wymiar kary. Karę śmierci zatwierdzał Reichsfürer SS Heinrich Himmler. Wyrok wykonywano doraźnie, tuż po otrzymaniu carte blanche z Berlina. W publiczne miejsce spędzano miejscową ludność i przede wszystkim innych robotników przymusowych (miała to być dla nich lekcja pokory i tzw. praworządności). Sprawców zhańbienia rasy najczęściej wieszano. Tak było taniej i okrutniej. (zwłoki często wisiały kilka dni dla postrachu...)
W latach 80. tych ubiegłego wieku, na miejscu trzech egzekucji, w Bonn-Limperich odsłonięto pomnik, poświęcony trzem robotnikom przymusowym, powieszonym za zhańbienie rasy. Jest to jeden z nielicznych pomników, upamiętniających cywilne ofiary 2. Wojny Światowej, na którym wyryto, iż zostały one zgładzone bez wyroku sądowego.
Dzisiejszy stan tego pomika jest więcej niż zły. Omszałe powierzchnie, brak ogrodzenia (psy z pobliskiej łąki korzystają z tego miejsca...) i przede wszystkim brak zainteresowania. I to nie tylko ze strony władz polskich czy lokalnych niemieckich, ale przede wszystkim, ze strony miejscowych organizacji polonijnych czy zwykłych Polaków, mieszkających w Bonn. Aż się prosi o jakąś polską szkołę czy inne stowarzyszenie, które mogłoby zaopiekować się tym miejscem, a przynajmniej zapalić trzy znicze w Dzień Zaduszny i zmówić Wieczny odpoczynek... Tylko tyle. A może aż tyle.
Artykuł opracował w ramach programu „Wolontariusze Pamięci” Andrzej Grodzki.